Wydanie/Außgabe 112/23.08.2021

   

Inicjatywę ustawodawczą w zakresie uchwalenia nowego święta podjął w 2010 roku prezydent Lech Kaczyński. Uzasadnienie dołączone do projektu ustawy głosiło, że ustanowienie święta jest wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji, za świadectwo męstwa, niezłomnej postawy patriotycznej i przywiązania do tradycji patriotycznych, za krew przelaną w obronie Ojczyzny. Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” to także wyraz hołdu licznym społecznościom lokalnym, których patriotyzm i stała gotowość ofiar na rzecz idei niepodległościowej pozwoliły na kontynuację oporu na długie lata.

Początek preambuły Ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci kołnierzy Wyklętych” - W hołdzie „Żołnierzom Wyklętym” – bohaterom antykomunistycznego podziemia, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienie dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku, jak i w inny sposób, przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu…

 

Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” ustalono na 1 marca i świętowany był po raz pierwszy w roku 2011.

Polacy wychowani na legendzie o polskiej martyrologii, uważają, że inni doprowadzili do dużych cierpień Naród Polski. Nikomu nawet przez myśl nie przyjdzie, że Polacy również zrobili innym dużo złego.

Wojna na ogół wydobywa z ludzi najgorsze instynkty, I Polacy nie są tu wyjątkami. Nie byli też nimi „Wyklęci”.

A jak wygląda sytuacja „Wyklętych”, czy naprawdę powinni mieć swoje święto, ulice i pomniki. Przypatrzmy się niektórym poczynaniom.

Sahryń to wioska na Lubelszczyźnie, której większość mieszkańców w czasie II wojny światowej stanowili Ukraińcy. 10 marca 1944 roku została zaatakowana przez oddziały Armii Krajowej. Zabudowania spalono, mieszkańców zabito. Według różnych szacunków, było od 200 do 600 ofiar.

W Sahryniu był prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, przyjechał na zaproszenie społeczności ukraińskiej, złożył kwiaty przy pomniku upamiętniającym zamordowanych mieszkańców.  Apelował też o wzajemne pojednanie i o to, by nie upolityczniać wydarzeń z przeszłości.

W Sahryniu był też dr Grzegorz Kuprianowicz prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie. I to jego wystąpienie nie spodobało się wojewodzie lubelskiemu.

 

Co mówią historycy?

Prof. Igor Hałagida z Uniwersytetu Gdańskiego, który tym tematem zajmuje się naukowo, już wcześniej pisał, że to co wydarzyło się w Sahryniu, można uznać "nie tylko za największą zbrodnię popełnioną przez polską partyzantkę w czasie ówczesnego konfliktu polsko-ukraińskiego, ale też w całej historii polskiego podziemia w okresie II wojny światowej".

Zdaniem profesora, "wydarzenia te wykraczają poza najczęściej stosowany zwrot 'akcja odwetowa', który w tym kontekście należy uznać za eufemizm".

W nieco łagodniejszym tonie wypowiada się dr Mariusz Zajączkowski. Naukowiec z PAN zwrócił uwagę, że Polacy spodziewali się, że w Sahryniu może stacjonować duża grupa banderowców. A tak nie było.

- Jeden z pomysłodawców akcji w Sahryniu mówił potem, że to miało być jak chirurgiczne "cesarskie cięcie". Celem miało być zabicie jak największej liczby Ukraińców, zarówno uzbrojonych, jak i ludności cywilnej. Chciano w ten drastyczny sposób zastraszyć Ukraińców i przeciwdziałać powtórzeniu się zabużańskiego scenariusza na Lubelszczyźnie - stwierdził historyk.

 

Polityka historyczna

W opinii dr Zajączkowskiego, spór o wypowiedź Grzegorza Kuprianowicza jest niemal podręcznikowym przykładem polsko-ukraińskiego konfliktu pamięci o wydarzeniach z lat 40. XX w., a także zderzenia polskiej polityki historycznej z ukraińską. Jak ocenił historyk z Polskiej Akademii Nauk, szef Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie w swoim przemówieniu przedstawił fakty, ale nie pokazał ich kontekstu.

- W mojej ocenie, zabrakło informacji o tym, że zanim doszło do zabójstw ukraińskich cywilów w Sahryniu, i kilkunastu okolicznych wsiach, to w rejonie Hrubieszowa nie ginęli jedynie Ukraińcy, lecz także Polacy. Zabrakło również zdania o tym, co wydarzyło się na tym terenie między Polakami i Ukraińcami w następnych wiosennych miesiącach 1944 r. - powiedział dr Zajączkowski. (Anna Gmiterek-Zabłocka)

Sprawa dotyczy jego wypowiedzi na lipcowych uroczystościach w Sahryniu na Lubelszczyźnie, gdzie w 1944 roku polskie podziemie zabiło ponad 600 osób.

Dr Kuprianowicz, Szef lubelskiego Towarzystwa Ukraińskiego powiedział m.in., „że w wiosce zginęli obywatele Rzeczpospolitej, ukraińscy prawosławni mieszkańcy ziemi, na której od stuleci żyli ich przodkowie`. Zginęli z rąk innych obywateli Rzeczpospolitej, „dlatego, że mówili w innym niż większość języku i byli innego wyznania”.

… i że "ta zbrodnia przeciwko ludzkości została popełniona przez członków narodu polskiego - partyzantów Armii Krajowej, będących żołnierzami polskiego państwa podziemnego". Dodał, że trzeba mieć nadzieję, że "trudna przeszłość przestanie być przeszkodą w budowaniu dobrych relacji między narodami polskim i ukraińskim, między Polską i Ukrainą".

Pisarz, literat i publicysta Bazyli Pietruczuk opisał  w „Księdze hańby”  kilkaset zbrodni popełnionych  na terenie Białostocczyzny przez tzw. żołnierzy wyklętych na ludności cywilnej. M. in.  „29.1.1946 r. banda  „Burego” we wsi Zaleszany spędziła wszystkich mieszkańców wraz z dziecmi do domu Dmitra Sacharczuka i okrążając z automatami podpaliła. Inni członkowie bandy w tym czasie pociskami zapalającymi podpalali zabudowania wsi. Po upewnieniu się, że chata z ludźmi plonie, bandyci oddalili się. Spłonęło żywcem 14 osób, w tym 7 dzieci, 2 mieszkańców zastrzelono przed domem spędzonych wieśniaków. Innym z poopalanymi kończynami i innymi częściami ciała udało się uratować. Wśród dzieci były: Sergiusz Leończuk – lat 1, Nadzieja Leończuk – 2 tygodnie, Michał Niczyporuk – lat 16, a kobieta o nazwisku Niczyporuk spłonęła z nienarodzonym płodem, którego głowa wystawała z zasmażonego brzucha matki.

Inna leśna banda spod znaku AK na oczach matki i jego sióstr zastrzeliła 11-letniego Staszka Zielińskiego, za to, „że radzieckim żołnierzom, którzy go zapytali, pokazał drogę do Milejczyc”.

Ci sami leśni bandyci „wywlekli z pościeli Józefa Dmitruka i na progu sieni wypruli mu mózg automatem, po czym posadzili mu na brzuchu jednoroczne dziecko i oddalili się w kierunku wsi Planta (obecnie Swidzianowka) koło Góran. Po drodze zastrzelili 25-letniego mężczyznę, ze wsi Planta zabrali sołtysa, robotnika leśnego – Włodzimierza Jacewicza, któremu w lesie wypalili oczy, wycięli język”.

Ogłoszony został przez media „polskim Hannibalem Lecterem.

Kajetan P., który najpierw zadźgał nożem lektorkę języka włoskiego, a potem poćwiartował jej ciało, dostał dożywocie.

Bardziej wyrafinowani byli tzw. żołnierze wyklęci, którzy np. rozcinali brzuchy kobietom w ciąży, prawosławnym duchownym i ich rodzinom wydłubywali oczy, wycinali języki, obcinali uszy i nosy. Mordowali siekierami i widłami.

Zakopywali żywcem w ziemię aż po głowę „winowajców” prawosławnych, a następnie wokół tej głowy rozpalili ognisko i palili ja na własnym ogniu. Żonie popa obcięli piersi, polali benzyną rany i podpalili, przyglądając się jak umiera w mękach.

W Powiecie hrubieszowskim wyklęci wymordowali rodzinę Wasilczuków, polskich przesiedleńców zza Bugu. Świadek tak opisał tragiczne zdarzenia: „Było osiem osób w tym jedna kobieta w ciąży. Kiedy wszystkich z tej rodziny pomordowano i już nikt nie żył, sama ta kobieta wciąż jeszcze się długo rzucała. Doły były już wykopane, nie czekano na nią, zakopano żywcem.”

23 czerwca 1944 r. w Dubinkach i innych miejscowościach w okolicy: Giże, Gorszwiany, Janiszki, Ołkuny, Reputany, Vymančiai, Zabelin i Zajeziorce, 5 Wileńska Brygada AK zaatakowała Dubinki, małą wioskę na Litwie, mordując 68 osób, z czego 75% stanowiły kobiety i dzieci.

Jak to widzieli mieszkańcy Dubinka? Stasys Lisakus, Litwin, który przeżył tą masakrę opowiedział po wojnie:

„Idą polscy partyzanci – mówię jej. Ona przestraszona wyskoczyła z pościeli. A ja umknąłem do kąta między łóżkiem i ścianą i przykryłem się wilczym futrem. Polacy wpadli do środka. Znalazłszy śpiącą rodzinę strażnika Rinkeviciusa i goszczącego u nich brata żony, zastrzelili mężczyzn. Potem puścili serię do lezącej na innym łóżku żony z dzieckiem w wieku dwóch lat. Kule zniosły kobiecie połowę głowy. Potem ją i dziecko ze złością kluli bagnetami. Na ciele kobiety znaleziono siedem ran kłutych. Zobaczywszy w kołysce trzymiesięczne dziecko, jeden z żołnierzy przebił je bagnetem i ostentacyjnie podniósłszy w górę, nosił po pokoju, dopóki dziecko nie przestało machać rączkami i nóżkami.

Ofiary ginęły, od kul i białej broni (noże, bagnety, kordziki).

W następnych gospodarstwach również zabijano wszystkich mężczyzn litewskich. U Rokickiego czytamy: Rodzina Valdukeviciusow składała się z gospodarza Jurgisa, jego żony Justiny oraz czwórki dzieci: Florujonasa, Vacklovasa Zuzany i najmłodszej, kilkumiesięcznej córki, której nie nadano jeszcze imienia. Mieszkańców wyprowadzono przed dom i rozstrzelano z wyjątkiem najmłodszego dziecka, zabitego w kołysce.

Zychowicz pisze: Najwięcej osób zabito w zagrodzie rodziny Gylisów (Gilów), zginęła tam żona gospodarza wraz z pięciorgiem dzieci. Kobietę zastrzelono przy studni, gdy trzymała na rękach kilkumiesięczne niemowlę. Ono również zginęło od kuli. Z kolei dziewiętnastoletnią dziewczynę napastnicy przed śmiercią zgwałcili za stodołą.

Podczas pacyfikacji Dubinek, żołnierze AK pytali ofiary: „Kto jesteś, Polak czy Litwin?” Jeżeli Litwin, ginął na miejscu.

Do koszmarnych scen doszło również w niedalekich Reputanach. Tam Polacy wtargnęli do domu niejakiego Povilasa. Mężczyzna zobaczywszy zbliżających się partyzantów, ukrył się pod tapczanem. Polacy znaleźli w domu tylko pięcioro dzieci. Czworo z nich zamordowali w wieku od 2 do 16 lat: Benediktas, Antanas, Stepanija i Bronislava. a jedno zdołało wyrwać się oprawcom i uciec. Najmłodsza ofiara miała dwa latka. Sparaliżowany strachem ojciec, leżał w kryjówce, słyszał krzyki swoich mordowanych dzieci…

Łącznie w Vymančiai i Reputanach zabito tego ranka dwanaście osób: dwóch starszych mężczyzn (w wieku 52 i 60 lat) oraz dziesięcioro kobiet i dzieci.

W Olkunach życie straciło siedemnaście osób. Zastrzelono m.in. Mariannę Ramejkową, która trzymała „na rękach sześcioletnią córkę Aldonę Weronikę. Matka została śmiertelnie trafiona w głowę, córka zaś otrzymała dwa śmiertelne postrzały w klatkę piersiową”.

Relacja Jonasa Žvinysa, plebana kościoła w Dubinkach (fragmenty)

„Idę na plebanię. Dowiaduję się, że Polacy wyszli w kierunku majątku. Mama lamentuje, mówi: rozstrzelali gajowego z rodziną i jeszcze kogoś.
Przychodzę, straszny widok. W kątach – mąż zastrzelony, żona zastrzelona i dwoje dzieciątek w kołysce zakrwawionych, nieżywych. Zamordowani też innych, którzy byli w tym domu: młynarka Šimenskieně (Rozalia Szymiańcowa), krawiec Kerulis, szwagier gajowego.

Wziąłem z kościoła stułę, olejki święte i idę do majątku. A tam słychać strzały. Przede wszystkim przychodzę do Vaidukevičiusa: wszyscy wyprowadzeni na ganek i rozstrzelani. Ojciec trzyma krzyż w ręku, matka z modlitewnikiem, chłopczyk dwunastoletni, dziewczynka dziesięcioletnia, z różańcami. I w kołysce trzymiesięczne dziecko, zalane krwią.

Idę do Gurkisa. Wchodzę – jego żona i syn rozstrzelani. (…)

Idę do Stašelisa. (…) Polacy w jego domu zastrzelili żonę i może trzyletnią córeczkę, dopiero przebudzone.

Idę do Grytě. Tam byli dwaj bracia, dwie siostry i babcia. Jednego z braci nie było w domu, drugi schował się za drzwiami, a dziewczyny w życie. Polacy przestrzelili babci głowę przez skroń. Ona jeszcze żyła. Przewiązałem ranę, dałem ostatnie namaszczenie, rozgrzeszenie”.

Piotr Zychowicz pisze: „Zbrodnie żołnierzy „Burego” na ludności cywilnej wzbudzają olbrzymie kontrowersje. Polskim Białorusinom nazwisko kapitana Romualda Rajsa kojarzy się z gehenną ich rodaków. Członkom rodzin, znajomych, bliskich, sąsiadom. Dziadków, braci. Współwyznawców.

Dla młodych polskich nacjonalistów „Bury”, twardy facet z lasu, który nigdy nie dzieli włosa na czworo, stal się idolem.

Prof. Latyszonek stwierdził, iż jest wysoce niestosowne, że telewizja publiczna walczy o „dobre imię sprawcy masowych mordów na Bogu ducha winnych białoruskich chłopach”.

W miejscowości Piskorowice Narodowa Organizacja Wojskowa Józefa Zadzierskiego ps. „Wołyniec” w szkole mordowała tutejszych mieszkańców

„…polscy żołnierze wtargnęli do budynku szkolnego gdzie przebywali Ukraińcy. I tam doszło do masakry Ukraińskich cywilów, "leśni„ zabijali po kolei w Sali na parterze. Po egzekucji przeszukali szkolę, starając się odnaleźć tych Ukraińców, którzy próbowali się ukryć. Część ludzi na odgłos pierwszych strzałów i krzyków mordowanych rozbiegła się po budynku – pisze Zychowicz - Doprowadzeni do szaleństwa ludzie gołymi rękami zdzierali deski ze strychu i próbowali się schować między krokwiami.

Schwytanych polscy oprawcy wywlekali z kryjówek i mordowali. Całe szczęście nie udało im się wyłapać wszystkich. Rzeź w budynku szkolnym przeżyło pięć osób.

Wg relacji Jana Pucyły: „część zagrożonych ze wsi śmiercią Ukraińców ukryła się w budynkach, inni desperacko próbowali ucieczki. Biegli w popłochu w stronę Sanu, nad którym położone są Piskorowice. Tam jednak nadziali się na otaczający wieś kordon żołnierzy oddziału NOW dowodzonego przez Józefa Krawczyka ps. „Kudłatego”. Polscy partyzanci otworzyli ogień.

Mikołaj Kuras mówi: „Kogo nie zabili w szkole, tego zabili w krzakach nad Sanem. U sąsiadów byli pozabijani ludzie. Zabity był stary dziadek Wołos, Koziołkowa i jej siostra. Zabić Ukraińca to było nic. Polski ksiądz w Tarnawcu podczas spowiedzi powiedział, że za Ukraińca nie ma grzechu. Niektórzy ludzie zabici nad Sanem leżą tam do teraz, bo tam od razu byli pochowani. Większość ludzi zabitych nad Sanem wrzuconych zostało do wody”.

A Iwan Bidnyj relacjonował: „Jeden ze złoczyńców „Ziomek” opowiadał później, że ten „Kudłaty” kazał wszystkim bez wyjątku wypić przed akcją tyle alkoholu, ile kto może. Po tej pijatyce wypuścił swą bandycką zgraję na Piskorowice. Ten „Ziomek” opowiadał, że niemowlęta zabijano na miejscu. Brano je za nóżki i rozbijano główki o ścianę budynków lub koła u wozów, które stały na podwórzu. Wszystko to działo się na oczach ojców i matek...

Mógłbym tu podać jeszcze setki przykładów.

A jak wygląda sytuacja „Wyklętych”, czy naprawdę powinni mieć swoje święto, ulice i pomniki.

W lipcu 2020 do grupy świętych kościół prawoslawny dołączył 60 dalszych męczenników podlaskich, ofiar oddziału kpt. Romualda Rajsa „Burego” z przełomu stycznia i lutego 1946. Kanonizacja odbyła się 25 lipca w monasterze św. Katarzyny w Zaleszanach.

 

 

 

 

Komentarze  

0 #3 Pollok 2021-07-06 22:11
Szanowny Panie Kloss!
Prosze wyjaśnić co ma Pan na myśli pisząc "Pollok ma osobliwy zwyczaj wybiórczego podawania informacji i pisania tylko pół- albo i ćwierć prawdy". Chętnie bym odpowiedział na ten zarzut, ale nie wiem konkretnie o jaki chodzi. Prosze podać tą ćwierć prawdę.
Cytować
+1 #2 Hans Kloss 2021-05-17 00:59
Od strony matki pochodzę z mieszanej polsko-ukraińskiej rodziny, która mieszkała w okolicy Zaleszczyk. tereny te były obszarem działalności partyzantów UPA. Z ich opowieści wiem że począwszy od końca roku 1943 nie było tam tygodnia aby nie zamordowano w okolicy przynajmniej jednego Polaka lub całej polskiej rodziny. Ale gdy w 1944 roku rozeszła się wieść o dużej akcji odwetowej AK ( być może chodziło tu o ten Sahryń) to przez 2 miesiące nie zginął NIKT!!! Taki strach blady padł na rezunów. Można wiec jedynie żałować że tego typu akcji AK nie podjęło wcześniej i nie robiło częściej, może to uratowałoby życie dziesiątkom tysięcy moich niewinnie zamordowanych rodaków.
Ale pan panie Pollok ma osobliwy zwyczaj wybiórczego podawania informacji i pisania tylko pół- albo i ćwierćprawdy i to tej maksymalnie dla Polaków niekorzystnej. Tak jakby pan nie wiedział że pół prawdy niczym się nie różni od całego kłamstwa.
Cytować
0 #1 Miroslawa 2021-05-14 23:03
Liudzie co sie w Polsce dzieje. Zwolniono z pracy dr sawe, bo napisal i zbadal, ze zonierze wyklecim zamordowali 1200 osob. To sie wladzy nie podoba.
Polak musi byc nieskazitelny, a okazuje sie ze tak nie jest
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

   
© Silesia - Śląsk - Schlesien 2009-2021