Wydanie/Außgabe 112/23.08.2021

   

 Przygotowania wojenne Polski oczywiście nie rozpoczęły się dopiero słynną mobilizacją kartkową w marcu 1939 roku. Bo w ramach tego właśnie etapu mobilizacji, powołano praktycznie tylko rzuty osłonowe czyli te wojska, które miały dopiero osłonić całą powszechną mobilizację. Przygotowania wojenne zarówno materiałowe jak też organizacyjne, natomiast praktycznie rozpoczęły się już ok. wiosny 1938 roku.1 Bo mniej więcej w tym okresie na niemiecko-polskich stosunkach, zaczęły pojawiać się już bardzo poważne sprzeczności i rysować zasadnicze kolizje interesów.

Kwestią zasadniczą były oczywiście olbrzymie jeżeli chodzi o skalę, istniejące dysproporcje i realne możliwości ekonomiczne, technologiczne, demograficzne i wojenne , obu wtedy jeszcze tylko hipotetycznych przeciwników. Wracając natomiast do samej mobilizacji to Polska ówczesna posiadała i zdołała częściowo wdrożyć w praktyce jeden z najlepszych wówczas systemów mobilizacyjnych na świecie. Od nazwiska płk. J. Wiatra, szefa oddziału mobilizacyjnego polskiego Sztabu Generalnego, plan ten nazywał się „planem W”. Po marcu 1939 roku, sukcesywnie ale już na znacznie mniejszą skalę powoływano do służby kolejnych, młodych rezerwistów. Szkolono też permanentnie bardzo intensywnie praktycznie aż do samego wybuchu wojny, szczególnie młodych oficerów oraz kandydatów na oficerów rezerwy, podchorążych i podoficerów rezerwy. Bowiem przy wejściu w życie powszechnej mobilizacji, praktycznie to właśnie oficerowie rezerwy, mieli objąć i obsadzić prawie 65 procent podstawowych stanowisk dowódczych. Szczególnie na bardzo istotnych przecież szczeblach; plutonu i kompanii.

Zaznaczyć należy przy tym, że strona polska posiadała obok sił zmobilizowanych, jeszcze bardzo pokaźne częściowo przeszkolone, rezerwy demograficzne jeżeli chodzi o rezerwistów. Szacuje się, że w 1939 roku nie zdołano powołać do służby aż około 35 procent względnie przeszkolonych mężczyzn przed pięćdziesiątym rokiem życia. A przecież w wojnie obronnej kiedy chodzi o istnienie nie tylko państwa ale też bytu całego narodu, należy bezwzględnie wykorzystać wszelkie dostępne rezerwy i środki. Argumenty typu, że nie było już broni dla pozostałych żołnierzy rezerwy, częściowo zresztą polegające na prawdzie, nie mogą być brane pod uwagę. Bo przecież w składach w Dęblinie, zniszczono w efekcie już w trakcie działań wojennych, żeby nie wpadły w ręce wroga, miedzy 10 a 14 września 1939 roku, ponad 100.000 karabinów powtarzalnych, ok. 800 rkmów, 200 ckmów, oraz ponad 100 armat rożnych typów. Jeżeli chodzi o armaty to prawdą jest, że znaczna ich część nie nadawała się już do użytku. Ale z kolei większość karabinów nadawała się w zupełności do walki. Oraz zniszczono także, obawiając się że wpadnie to w ręce wroga, ogromne ilości amunicji oraz benzyny lotniczej. W innych składnicach wojskowych takich jak Palmiry, Kłaj oraz twierdze w Modlinie i Przemyślu a także kilku innych składnicach, pozostawały ilości uzbrojenia znacząco mniejsze, ale też poważne.2 Mniejsze ilości uzbrojenia pozostawały też w wielkich miastach garnizonowych. Przykładowo dowódca garnizonu Kraków dysponował rezerwą dyspozycyjną w ilości ok. 7,500 karabinów powtarzalnych piechoty.3 Jeszcze większą ilością karabinów dysponował dowódca garnizonu Warszawa. Można założyć, że i inne garnizony dysponowały też sporymi rezerwami. W Warszawie uzbrojono w tą rezerwową broń przynajmniej powstające już w początkach oblężenia miasta, pułki robotnicze. Ale z wielu innych miast w powszechnym chaosie ewakuacyjnym, zdołano wywieźć tylko bardzo niewiele. Tylko praktycznie gen T. Kutrzeba, starał się by wywieziono ze składów zlokalizowanych w Poznaniu i okolicach, maksymalnie duże ilości uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Inna sprawa, że nie naciskana w początkach kampanii przez przeciwnika armia ”Poznań” miała na to czas. Chodziło tu przede wszystkim o typową broń strzelecką. Ale suma summarum, zgromadzone łącznie w składach zapasy broni strzeleckiej wraz z amunicją wystarczyłyby nawet na podstawowe uzbrojenie nawet ok. dziesięć dywizji. Podobnie kształtowała się sytuacja z zapasami mundurów oraz innymi podstawowymi elementami wojskowego wyposażenia. Gorzej było i to z znacznie gorzej z zapasami samych dział artyleryjskich4. Tych po prostu więcej już nie było. Ale z kolei amunicji artyleryjskiej do większości typów dział pozostawało w zapasach jeszcze sporo

Pewnym paradoksem było natomiast to, że w szeregu miejscach i odcinkach, oczywiście jeszcze przed bezpośrednim atakiem niemieckim, bardziej potrzebni byli robotnicy z łopatami i kilofami niż żołnierze z przysłowiowymi karabinami. Bo należało i można było nawet niejednokrotnie w ciągu kilkunastu godzin, wykopać i zbudować polowe linie obronne. Tego typu umocnienia są też trudne do przełamania. Był co prawda w przywoływanym już planie „W” też wariant ,mobilizacji i powołania´ nawet około 60 pułków roboczych. Ale tego istotnego fragmentu planu nie wcielano prawie zupełnie w życie. Nie było też i tu się ciśnie słowo niestety, po stronie polskiej, odpowiednika niemieckiej organizacji Todta, która po stronie agresora zarówno w kampanii wrześniowej ale i później też, przez cały przebieg drugiej wojny światowej, trzeba uczciwie przyznać z bardzo pozytywnymi rezultatami pracowała przy wszelkiego rodzaju fortyfikacjach oraz rozbudowie infrastruktury na potrzeby wojenne itd.

Niemcy natomiast przeprowadzili swoją mobilizację, znacznie niż Polska sprytniej. Po prostu kolejno przeprowadzono cztery etapy mobilizacji kartkowej a na przeprowadzenie i realizację „żniw” zmobilizowano po prostu poszczególne liczne struktury, organizacji Todta Także powołano starsze roczniki Hitlerjugend i jeszcze dodatkowo wielu starszych wiekiem ale profesjonalnych, przeszkolonych rezerwistów. 5.

Ale najważniejsze były przygotowania sprzętowe, materiałowe, organizacyjne itd. Strona Polska i tu znów trzeba znowu napisać, niestety postępowała co najmniej częściowo w sposób nonszalancki tak jakby krajowi nic nie groziło. A oto egzemplifikacja. Polska na dzień 1 września 1939 roku dysponowała min. oczywiście, 122 samolotami bombowymi klasy „Łoś”. Te samoloty były nieco nowocześniejsze i szybsze, dysponowały nawet nieco lepszymi parametrami bojowymi i lotnymi niż niemieckie odpowiedniki typu „Heinkel-111”, które były podstawowymi samolotami, bombowcami niemieckimi6. Było rzecz jasna tych polskich bombowców znacznie mniej niż niemieckich ale odpowiednio użyte np. w nalotach np. na Berlin lub Wrocław mogły spowodować tam znaczne zniszczenia…. Ale w linii tych doskonałych na owe czasy samolotów było tylko 36. Bo cała reszta była albo w eskadrach szkolnych albo też były to maszyny typowo dyspozycyjne, używane min. dla przewozów ówczesnych dygnitarzy.

Polski myśliwiec P-24 nie był lepszy ale też wcale nie gorszy od współczesnych sobie mutacji, powszechnego wtedy niemieckiego „Me -109”. Ustępował Messerschmittowi nieco prędkością, ale był za to znacznie bardziej zwrotny.7 Tyle, że w kampanii 1939 roku o paradoksie po stronie polskiej nie wystąpiła żadna maszyna tego udanego typu. Za to sprzedano w 1938 i jeszcze w 1939 roku, ok. 180 sztuk tych bardzo sprawnych maszyn do Jugosławii i Grecji. Bo po prostu Polska potrzebowała i to gwałtownie walut wymienialnych… Więc eksportowała …swoje najlepsze samoloty i to w obliczu nieuchronnie nadchodzącej wojny.8. Czy było to rozsądne rozwiązanie wobec nieuchronnie nadchodzącego konfliktu? Pytanie nie tylko retoryczne

. Kupowano ten samolot za granicą bo był dobry i względnie tani. Istniały ponadto bardzo zaawansowane plany, nowego bardzo nowoczesnego myśliwca, którego nazwano wstępnie P-50. Ten samolot miał mieć, teoretyczne rzecz jasna, parametry zbliżone nawet do amerykańskiego ”Mustanga”, który przecież zaczął latać dopiero w 1943 roku. Miał natomiast, przewyższać i to znacząco swoimi możliwościami brytyjskiego ”Spitfire”, który w początkach 1939 roku odbywał dopiero loty próbne. Zakładano wstępnie, że ten samolot będzie można wdrożyć do produkcji w początkach 1940 roku.9 Ale niestety tylko o ile…zakupi się do niego odpowiedni bardzo mocny silnik. Bo polscy inżynierowie w tym czasie konstruowali i budowali zupełnie przyzwoite co najmniej i nowoczesne samoloty. Jako płatowce. Ale dobrego silnika o dużej mocy, możliwego do zastosowania w nowoczesnych samolotach myśliwskich, zbudować w tym czasie jeszcze nie umieliśmy. Rozmowy z Francuzami, którzy w swoich „Moranach” i” Potazach” też nie mieli silników najwyższej klasy, nie dawały żadnych pozytywnych perspektyw.10 Trzeba było oczywiście dwa trzy lata wcześniej rozpocząć rozmowy na ten temat. Chociażby z Czechosłowakami, którzy konstruowali i budowali w tym okresie zupełnie przyzwoite silniki lotnicze, które montowali w swoich Aviach…Pozostawali też ewentualnie jeszcze Anglicy. Ale oni z reguły bardzo niechętnie sprzedawali swoje najnowsze rozwiązania technologiczne.

Zupełnie podobnie zresztą, sytuacja przedstawiała się z samolotami wielozadaniowymi głównie szturmowymi i rozpoznawczymi, klasy ”Karaś” Paradoksalnie wbrew niektórym mało profesjonalnym opiniom, nie była to wcale maszyna przestarzała. Ale wobec bardzo wielu funkcji czyli; bombowych, obserwacyjnych, łącznikowych, które „Karaś” miał pełnić, zbudowano w efekcie swego rodzaju hybrydę, która posiadała, obok niewątpliwych zalet, także szereg istotnych wad. Najgorzej było w praktyce eksploatacji tego samolotu z lądowaniem. Pilot „Karasia” musiał po prostu reprezentować bardzo duże umiejętności profesjonalne. Bo ten samolot lądował z dużą jak na swoje czasy, szybkością. Przy czym lądował a raczej podchodził w ostatniej fazie do lądowania, pod takim kątem za granicą za granicą, że widoczność z kabiny była zdecydowanie zła. Duża liczba awarii i nawet katastrof przy lądowaniu w okresie pokojowym, powinna była dać wiele do myślenia zarówno konstruktorom jak też ludziom prowadzącym szkolenie na tych samolotach.11 Szczególnie konstruktorom. Zbudowano niestety tylko dwa eksperymentalne egzemplarze następcy „Karasia”… Był to bardzo dobry pod każdym względem samolot wielozadaniowy klasy „Sum”; Wszelkie racje obiektywne przemawiały za tym, żeby co było w pełni możliwe rozpocząć jesienią 1938 roku, seryjną produkcję tej bardzo udanej i jednocześnie bardzo nowoczesnej na swoje czasy maszyny. Wtedy w kampanii wrześniowej mogłyby wziąć udział nie te symboliczne dwa, ale co najmniej sto a może i dwieście, egzemplarzy tej doskonałej na owe czasy maszyny..

W rezultacie tych wszystkich zapóźnień i opieszałości, polscy lotnicy myśliwscy latali w kampanii wrześniowej na znacząco przestarzałych już i znacznie wolniejszych od także niemieckich bombowców, samolotach „P-11”. Były one z kolei bardzo zwrotne co przy znakomitym wyszkoleniu większości polskich pilotów, nieco wyrównywało szanse walki. Były one jednak przy wielu istotnych mankamentach technicznych i taktycznych również słabo uzbrojone. Na pograniczu cudu należy zatem uznać, że Polacy a ściślej mówiąc polscy myśliwcy zestrzelili używając popularnych „jedenastek” wcale pokaźną ilość niemieckich samolotów. W niektórych jednostkach oraz przede wszystkim w szkole lotniczej w Dęblinie pozostawały też, aczkolwiek już tylko w niewielkiej liczbie, także zupełnie już przestarzałe jak na rok 1939 samoloty starszej generacji, mianowicie „P-7”. Nawet i na tych już bardzo, wyraźnie przestarzałych samolotach, Polacy też potrafili odnosić zwycięstwa. Ale to co było wielkim wyczynem, nie mogło być regułą.

Taktyka walki pojedynczej stała w lotnictwie myśliwskim po stronie polskiej wysoko. Ale wydarzyło się też kilka godnych ubolewania sytuacji. Takimi niewątpliwie były nieprzemyślane ataki samolotów myśliwskich, czyli słabo uzbrojonych i zupełnie niedostosowanych do tego typu działań maszyn, na kolumny niemieckich czołgów. Owszem jak pokazały przebiegi tego typu działań, występowało na początku takich ataków, nawet duże zaskoczenie i zamieszanie po stronie niemieckiej. Bo kto się mógł spodziewać takich szalonych, prawie samobójczych ataków. Ale chaos zwykle szybko opanowywano i w rezultacie szybko też otwierano do atakujących samolotów silny ogień przeciwlotniczy, najczęściej z karabinów maszynowych i działek małokalibrowych. Był on z reguły skuteczny i dla nisko lecących i oczywiście nie opancerzonych ”jedenastek” był on z reguły zabójczy. W wyniku takich nieprzemyślanych ataków tracono zupełnie niepotrzebnie cenne samoloty i niemniej cennych pilotów. Należy jednak przy tym zaznaczyć, że najczęściej atakowano w ten sposób. na wyraźny rozkaz a nie samowolnie.12 Więc to jak w wielu zresztą potwierdzonych wypadkach to wyższy szczebel polskiego dowodzenia ponosił pełną odpowiedzialność za te bezsensowne i bezmyślne nie przynoszące pozytywnych skutków ataki.

1 M. Turlejska. Rok przed klęską. WP. Warszawa.1969.s.86 i nast.

2 M .Porwit .Komentarze ….T.III.s.451 i nast.

3 Ibidem. T.II.s.235 i nast.

4 J.Litynski.Czy Polska musiała przegrać./w/Wojskowy Przegląd Historyczny/WPH/Nr/4/1996.s.269 -278

5 W.Kozaczuk.Wehrmacht.1933-1939.MON.Warszawa.1971.s.340-349

6 A.Glass.Samoloty PZL.1928-1978.Wyd .Komunikacji i Łaczności.Warszawa.1980.s.184-189

7 Ibidem.s.30-33

8 J.Lityński…s.276-270

9 J.Gruszczynski.Jastrząb nie zdążył/w/Lotnictwo .Mr.12/2005

10 Notatka gen bryg.T.Malinowskiego do Szefa Sztabu Generalnego z konferencji z gen.L.Rayskim w sprawie redukcji planu rozbudowy lotnictwa i budowy nowej fabryki lotniczej.Dokument nr 16.30 wrzesień 1936 rok.Warszawa./w/Wojna Oborona Polski.1939-Wybór Zródel.WICH-MON.Praca zbiorowa pod kierownictwem E.J.Kozłowskiego.Warszawa.1968.s.84 i nast.

11 J.Cynk.Polskie lotnictwo wojskowe w okresie miedzywojennym./w/Lotnictwo.Nr.11/2004

12 S.Skalski.Wspomnienia z kampanii wrześniowej.Maszynopis powielony.Muzeum Lotnictwa Polskiego.Kraków.Dostep.02.10.2017   

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

   
© Silesia - Śląsk - Schlesien 2009-2021