Wydanie/Ausgabe 119/07.11.2022

   

Polski premier Mateusz Morawiecki jest młodym, bo tylko 50-letnim politykiem. Studiował na wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, które skończył z dyplomem magistra historii.Tak powinno się rozpocząć pisać jego życiorys. W swoim premierowskim exposé, był uprzejmy powiadomić wszystkich Polaków, że w roku jego urodzenia, 1968 Polski nie było. 

Trzeba zatem postawić pytanie, w jakim kraju i mieście się On urodził? Jako historyk wiedział dokładnie (??!!), że Breslau (Wrocław) nie należał w tym roku do Polski. W czasie konferencji poczdamskiej w 1945 r. przekazano niemieckie ziemie leżące na wschód od linii Odry i Nysy Polsce w administrację, co miało być ostatecznie zatwierdzone na powojennej konferencji pokojowej, do której nigdy nie doszło.

 A więc jego historyczne wiadomości przydały mu się, choć zastanawia mnie, dlaczego po tej wypowiedzi IPN i koledzy partyjni nie zrobili nagonki na niego.

Mój znajomy dr historii z Uniwersytetu Opolskiego, którego poproszono o napisanie malej broszurki na temat województwa opolskiego, która miała zachęcić zagranicznych przedsiębiorców do inwestycji. Napisał ją. Wydawnictwo się wszystkim podobało, aż antyśląski i antyniemiecki poseł PiS Jerzy Czerwiński podniósł larum, że pan dr Kamusella szkalował i nie pisał prawdy o Polsce a z historią jest na bakier. Wiadomo, że studiujący na Wydziale-Matematyczno-Fizycznym polityk PiS zna lepiej historię jak utytułowany historyk. Doktor Kamusella napisał, że Śląsk, to znaczy również woj. opolskie, nie należało do Polski i dopiero podpisany w 1990 traktat 2+4. zmienił status quo tych ziem.

Dr Kamusella traktowany był na uczelni jak zadżumiony. Ponieważ jest człowiekiem honoru i prawdziwą historię zna, postanowił pożegnać się z uczelnią, gdzie polskie legendy i kłamstwa są ważniejsze jak prawdziwa historia. Postanowił odejść i poszukać sobie pracy w znośniejszych i pozwalających badać historię warunkach. Został wykładowcą na uniwersytecie w Dublinie a nieco później w Szkocji w najstarszym uniwersytecie University of St Andrews

Polska historia i historycy pracują w zasadzie nie jako samodzielni badacze a prowadzi się ich na pasku i patrzy na ręce, przez to trudno im pokazać prawdę, bo odpowiednie naukowe wydawnictwa nie przyjmują tego, co nie leży w odpowiednim partyjnym geście. Mój znajomy wykładowca na jednym z polskich uniwersytetów powiedział do mnie „Pisz pan o polskich obozach koncentracyjnych, bo ja nie mogę. Nie dostałbym profesora”. Ma doktora habilitowanego, a chciałby mieć profesora zwyczajnego.

W Wikipedii i w dużo polskich książkach czytamy: „Według polskiego stanowiska warunkiem nieodzownej normalizacji było uznanie przez RFN ostatecznego, nieodwracalnego charakteru ustalonej w umowie poczdamskiej polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej”. Napisane, ale historycznie nieprawdziwe. Raz jeszcze wyjaśnię, że w Poczdamie Polska otrzymała Ziemie Zachodnie, przez niektórych nazywane Odzyskanymi, w administrację, do czasu podpisania traktatu pokojowego. Sama nazwa Ziemie Odzyskane ma w sobie coś infantylnego. Odzyskane, po kim? Może po Niemcach? Termin Ziemie Odzyskane po raz pierwszy użyty został po zbrojnej aneksji Zaolzia w październiku 1938 r. przez wojska polskie.

A wracając do sprawy granicy pomiędzy Niemcami i Polską. Kiedy Brandt odwiedził Warszawę w 1970 r. i podpisano układ, który zapoczątkował nowy okres pomiędzy Polsa Niemcami, w którym pisano o współpracy gospodarczej i kulturalnej między dwoma państwami.

Strona Polska przez następne lata tłumaczyła i kłamała swoich obywateli, że podpisano traktat, który uznawał granicę polsko-niemiecką. Co było nieprawdą. Niemcy nie mogli uregulować z Polską granicę, między innymi dlatego, ponieważ obydwa państwa nie miały wspólnej granicy, a RFN nie mogło uzgadniać i podpisywac granicy, która należała do NRD. To były wprawdzie dwa niemieckie państwa, ale posiadały własną jurysdykcję. Czy ktoś może sobie wyobrazić, że Polska podpisuje granicę z Portugalią. Chyba nie ma takiego kogoś, to samo było z granicą niemiecką.

W Polsce jest dużo literatury niezgodnej z historią i wykładowcy korzystając z niej mówią swoim studentom nieprawdę, albo pomijają niektóre drażliwe, wg ich myślenia, tematy. Dla historyka nie ma drażliwych tematów, ponieważ on ma pokazać jak było, a nie jak chcą tego rodacy czy politycy. Dziesiątki razy spotykałem się z tym, że profesorzy opowiadali (nie tłumaczyli i wyjaśniali) historyczne „prawdy”, że nieraz musiałem się wstydzić za nich. Przykładowo, na temat polskich wojennych i powojennych obozów koncentracyjnych nie zamierza nikt rozmawiać, albo tak jak ks. prof. Zieliński, wykładowca KUL-u, twierdzi atakując mnie w prasie, że w Potulicach w czasie i po wojnie polskiego obozu nie było. On to wie, ponieważ mieszkał w tamtej okolicy. Czego dowiedzą się od niego studenci? Prawdy?

Pomyślmy, gdyby w 1970 roku podpisano w czasie bytności Willy Brandta w Polsce sprawy związane z granicą, to po co by Polsce potrzebna była konferencja 2 plus 4. Strona Polska naciskała pismem Tadeusza Mazowieckiego z 20 lutego 1990 r. i ministra Skubiszewskiego, by w końcu podpisano granice między Polską a Niemcami.

Zanim rozpoczęły się spotkania w ramach "2+4", premier Tadeusz Mazowiecki wystosował list do szefów rządów czterech mocarstw - USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji. Zaznaczył w nim, że Polska nie sprzeciwia się zjednoczeniu Niemiec, ale chce wcześniej ostatecznego rozwiązania sprawy granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Polski rząd chciał, by Traktat "2+4" był formalnym potwierdzeniem tej granicy.

14 listopada 1990 obydwa kraje podpisały w Warszawie umowę graniczną, po czym zaczęły przygotowywać umowę o dobrym sąsiedztwie. Do ratyfikacji przez Bundestag doszło 16.12.1991.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

   
© Silesia - Śląsk - Schlesien 2009-2021